Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przestraszone dzikim wyrazem jego twarzy dziewuchy poczęły się tulić do siebie. Lokaj zmiarkował się widać i nagle dodał:
— Ale gdzie tam są jakie pieniądze w tej skrzynce!... Wszystko to głupie gadanie ludzkie!...
Odwrócił się i szybko poszedł do stołu, ale robota już mu się nie wiodła.
Baba, słuchając tej rozmowy, kiwała głową.
— Prawda temu — zapytała jej ciekawa Magda — że umarłych niema się co bać?... W imię Ojca i Syna... żeby nie wymówić w złą godzinę...
— Bać się niema czego, ale i wojować z nimi niedobrze! — odparła starucha.
— Słuchajta, dziewki!... słuchajta! — rzekła gospodyni, siadając.
Lokaj z gorączkową energją już po raz drugi zkolei zaczął wycierać i rachować talerze.
— Był sobie jednego razu szynkarz — mówiła babka — co założył się z kumem swoim o kwartę wódki, że pójdzie do trupiarni, gdzie stał chłop, na cholerę zmarły, i onemu trumnę otworzy...
— Nie szczypajże mnie, ty paro, Magda! — ofuknęła Franka.
— Kiej się strasznie boję!...
— Cichojta, dziewuchy! — odezwała się gospodyni.
— Jak rzekł, mówię woma — ciągnęła babka — tak zrobił...
— Oj! nie gadajta już, moja serdeczna babulu!... — prosiła Magda, dygocząc.
— No, to nie będę...
— Eh!... to już chyba gadajta...
— I szedł se zatem on szynkarz, co się założył z kumem, do trupiarni, do chłopa na cholerę zmarłego, ale że drzwi były zamknięte, więc, patrzajta się, wlazł oknem, wlazł wybitem...