Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a żadna dziewucha za skarby świata po zachodzie słońca nie wytknęłaby nosa na dwór.
Gdy zapadł zmrok, przy trumnie nieboszczki została tylko babina z pod kościoła. Słyszała już i ona o cudownym portrecie, i było jej markotno. Dostrzegła to widać synowa zmarłej (niech jej Bóg da wszystko dobre na świecie!), i nie chcąc dręczyć babiny, poczęstowała ją wódką i pozwoliła iść spać do kuchni.
Starucha przez ceremonją wzdragała się, mówiła, że się zmarłych nie boi, lecz pani Janowa dla zwalczenia jej skrupułów wydała rozkaz stanowczy, którego trzeba było usłuchać. Poszła tedy baba, błogosławiąc dziedziczkę i myśląc o wygodnym spoczynku między żywymi na świeżej słomie.
Dziewuchy ucieszyły się bardzo z jej przybycia. Dzień jutrzejszy, w którym miano pochować nieboszczkę, był jak święto, wolały zatem nie kłaść się spać wcześnie, ale zato dłużej gadać o strachach. Ponieważ spodziewano się gości, więc lokaj z pokojówką ładowali talerze i nakrycia, a kucharz przygotowywał statki. Z tych powodów ludzi w kuchni było dużo, a gadania jeszcze więcej.
Kiedy babka weszła, dziewuchy posadziły ją jako szanownego gościa przy piecu na ławie, i przysunęły do niej śliczny wytarty pieniek, na którym gospodyni wnet postawiła misę zacierek, mlekiem zabielonych, i drugą kartofli ze skwarkami, molestując, aby wszystko to zjadła za dusze zmarłych. Pobożność staruszki nie zwykła była cofać się przed podobnemi intencjami, lecz siły już nie dopisywały. Po zacierkach zaczęła dyszeć, a pod koniec kartofli tak ją sparło, że z wielkiem utrapieniem ducha musiała łyżkę odłożyć.
— Oj, chyba nie wydążę już, moiście wy! — jęknęła do gospodyni.
Gospodyni, pomiarkowawszy widać, że objętość misek nie pasuje do wzrostu babiny, odparła: