Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zmów pacierz, i idźmy spać.
— Trzeba dobrze okno zamknąć. Czy masz klucz od tego kufra, w którym leży szkatułka? — zapytała pani.
— Nacóż te ostrożności?
— Są konieczne, gdyż, jeżeli pamiętasz, mama przy całej służbie o szkatułce mówiła. Ludzie ci wiedzieli o tem, że nieboszczka miała pieniądze, trafić się więc może, że ktoś łakomy...
— Nie lękaj się! Jeszcze dla ludu naszego świętą jest własność zmarłych. No, idźmy!...
I wyszedł pan Jan, a za nim żona, która, obejrzawszy troskliwie okno, zapuściła roletę i drzwi zamknęła na klucz.
Już kładąc się spać, pani zapytała męża:
— Czy to prawda, że twego wuja liczono na pół miljona?
— Coś około tego.
— Wieś sama była warta trzykroć, a gdzież reszta?...
— Osiemdziesiąt tysięcy gotówki poszło do podziału.
— Gdzież więc sto dwadzieścia?...
— Śpij spokojnie! — rzekł pan Jan.
— Dobranoc ci! — odparła żona.
Po chwili odezwała się znowu:
— Wszakże matka u nas wydała najwyżej dwadzieścia tysięcy?
— Daj spokój!... co nas to już dziś obchodzi?...
Umilkli oboje, ale żadne z nich do rana zasnąć nie mogło. Wstali wcześnie, strudzeni, zamyśleni i wzajemnie unikający swoich spojrzeń, choć każde było pewne, że zna myśli, jakie trapiły drugie z nich.
Po południu, na środku sali ustawiono katafalk. Przyjechał proboszcz, kilku sąsiadów, zebrali się domownicy. W chwili, gdy ciało nieboszczki, w czarne szaty przybrane, miano złożyć do ostatniego schronienia, ukazał się pan Jan z małą szkatułką w rękach.
— Matka moja — rzekł do obecnych — nie chciała się