Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Smutno... a to dlaczego? — spytała pani. — Przecież nie będę się obawiała poczciwej matki mego męża!
Nad wieczorem zwłoki przeniesiono do salonu, a pan Jan w części dla rozerwania znękanej myśli, w części dla porządku, w towarzystwie żony, przejrzał szuflady nieboszczki. W stoliku znalazło się parę sznurków pereł, kolczyki, broszka i pierścionki z drogiemi kamieniami. W tualetce było kilka starych holenderskich dukatów razem z poświęcanem kadzidłem i kredą. Ale większych sum nie znaleziono nigdzie.
— Zapewne matka wszystko wydała, co jej brat zostawił — rzekł pan Jan.
Pani spuściła oczy i milczała.
— Trzebaby jednak — rzekła po chwili stłumionym nieco głosem — przenieść tę szkatułkę do salonu. Nieboszczka chciała ją mieć przy sobie.
— Zrobimy to, jak trumna będzie — odparł sucho mąż.
— Ciekawam jednak, ile tam może być?
— Wszystko jedno; przecież nic nie weźmiemy.
— Tak... ale zawsze wartoby zobaczyć. Dla mnie ostatnia wola matki jest tak świętą, że choćby nawet było jakieś kilka tysięcy, nie pozwoliłabym ich dotknąć. Był to kaprys, dziwactwo ze strony nieboszczki, ale szanować je wypada...
— Nie mówmy już o tem! — przerwał pan Jan. — Oto masz, oddaję ci te klejnoty...
— Wolałabym je do kościoła oddać na intencją zmarłej; chociaż ona była tak świętą kobietą, pomimo niektórych dziwactw, że niezawodnie jest już w niebie — rzekła pani.
— Jaki ten pokój smutny! — mówił mąż. — W nim straciliśmy Kazia, teraz matkę...
— Co się zaś tyczy szkatułki — wtrąciła żona — to najlepiej jej nie otwierać. Człowiek jest słaby, a rozumiem, jakby mi było przykro, gdyby nasz Władzio nie spełnił mojej ostatniej prośby. Chociaż... łatwobym mu przebaczyła, gdyby mu to było do szczęścia potrzebne.