Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wać się, gdyż dary fortuny są mało prawdopodobne, a tem samem nie powtarzają się często.
— Pani żartuje ze mnie! — szepnął struchlały Kazimierz, któremu każdy wyraz tego wykładu ekonomji padał jak kamień na głowę.
— Wcale nie! Właśnie przed godziną zrobiłam rachunek. Będziemy mieli od sześciu do siedmiu tysięcy rocznie, chociaż — dodała z goryczą — gdyby nie dziwactwo ciotki, moglibyśmy mieć dwanaście do czternastu tysięcy.
— O Boże! — myślał Kazimierz — jakże mi ta kobieta serce depcze!...
W tej chwili wszedł Edmund. W jego oczach mgłą zaszłych i na spieczonych ustach widać było ślady dzisiejszego śniadania.
— Witam kuzynkę! — zaczął. — Wróciłem niedawno do siebie, gdzie powiedziano mi, że pan Hipolit dwa razy po mnie przysyłał. Czy jest w domu?
— Natychmiast poproszę ojca! — odparła Melcia i wyszła do następnych pokojów.
W parę minut potem ukazał się rozpromieniony jej ojciec. Choroby nie znać było na nim.
— A, kochany Edku! — zawołał — dobrze, że cię widzę... Panowie się nie znają? — spytał prędko, patrząc na Kazimierza. — Pan dyrektor fabryki, nasz kuzyn Edmund...
— Miałem szczęście widzieć już pana — odparł Edzio z eleganckim ukłonem.
— Mam do ciebie niesłychanie ważny interes, wejdź więc proszę cię do mego pokoju — mówił Hipolit. Następnie, zbliżywszy się do Kazimierza, wziął go pod rękę i dodał półgłosem:
— Wybaczy pan, że muszę na chwilę odejść z kuzynem, ale dziś jest dzień wyjątkowy... pan to pojmuje?...
Chemik ukłonił się.
— Co zaś do naszego rachuneczku, to... w tych dniach...