Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z ładnym posagiem, prosząc tylko dla ciotki i siebie kącik w waszym domu.
Kazimierz, marząc tak, zgóry już ocierał oczy na rachunek przyszłych wzruszeń i dziwił się, że dorożka jedzie tak wolno jak furgon z węglami.
Zbytecznem byłoby nadmieniać, że wkońcu dojechał na Podwal, że serce mu biło, że pytał się w duchu, czy nie wypada ucałować rączek Melci?... Gdy wszedł do mieszkania, zastał pannę samą. Pierwszy raz nie czytała i nie retuszowała, tylko napół leżąc w fotelu, zdawała się marzyć. O czem, czy o kim? A może i o nim!
— Przyszedłem państwu powinszować — zaczął Kazimierz. — Właśnie przed chwilą dowiedziałem się, a raczej domyśliłem, żeście państwo wygrali...
— Ach! tak... — odparła ze słabym uśmiechem Melcia. — Mieliśmy już z tego samego powodu wizyty kilku osób.
Wice-dyrektorowi zrobiło się trochę zimno.
— Czy pan Hipolit wyszedł?
— Bynajmniej! Ojciec jest u siebie, ale trochę cierpiący...
— A ciocia?
— Ciocia wyszła. Wygrawszy sto tysięcy, szuka sobie innego mieszkania — odpowiedziała Melcia — usiłując uwydatnić ironją w tych słowach.
Chwila milczenia.
— Sądziłem, że na pani wypadek ten większe zrobi wrażenie...!
— Mówi pan o wygranej? — spytała Melcia z łagodną melancholją patrząc na niego. — Drobnostka! — dodała. — Gdybyż to choć sto tysięcy rubli... Ale z taką sumą niewiele się nawet zmieni nasze życie. Nie będziemy mogli wziąć ani mieszkania obszerniejszego, ani kupić mebli piękniejszych, ani sukien droższych. O ekwipażu własnym, a nawet o wyjeździe zagranicę marzyć niepodobna... Musimy przecie racho-