Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jąc głos — jest ta, ażeby zabezpieczyć bilety... Szachraj kolektor ma racją... W Warszawie pełno łotrów, a niechby się tylko dowiedzieli...
— Pod Twoją obronę uciekam się Boża rodzicielko!... — mówiła ciotka.
— Ty, moja droga siostro, możesz być zupełnie spokojną, tylko... dajże mi swój bilet.
Ciotka aż cofnęła się i rozkrzyżowała ręce.
— Naco szwagrowi mój bilet?... — spytała, mrugając oczyma.
— Dla bezpieczeństwa... Przecież...
— Ja nie oddam nikomu mego biletu! — odparła stanowczo.
— Jakto, nie oddasz siostra? — krzyknął Hipolit. — Więc wyłączasz się chyba z rodziny?...
— Ja chcę mieć u siebie moje pieniądze...
Szwagier poczerwieniał jak indyk.
— A to się nowych rzeczy dowiaduję! Więc siostra mi nie ufasz?... za ten przytułek i opiekę, jakie miałaś w moim domu...
— Przecież ja darmo nie siedziałam u szwagra... Przecież cały mój kapitalik poszedł na dom...
— Ciociu! ciociu!... — zawołała Melcia, ściskając ją.
— Boże! — jęknął Hipolit, trzęsąc się z gniewu — jakie czasy!... Najbliższym wierzyć nie można!... Gdzie się podziały serca, wdzięczność, uczucia familijne!...
— Papo drogi!... ojcze!... niech się ojciec uspokoi!... — błagała Melcia.
— Do śmierci nie uspokoję się po tym strasznym ciosie, jaki mi... ta pani zadała!... Powiedz — zwrócił się do ciotki — kto ci poradził, abyś wzięła na loterją, czyj to był pomysł, jeżeli nie mój?...
— Prawda, że szwagra pomysł, ale ja za obie ćwiartki