Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mój panie kupcze — rzekł po chwili — idź teraz do domu i wypocznij... Jutro pogadamy...
— Dlaczego jutro? Ja już jestem wypoczęty. Jak się nazywa ten pan, co ma trzecią ćwiartkę?
— Nie nazywa się... wcale się nie nazywa! — przerwał już rozgniewany Hipolit. — Przyjdź pan jutro, a wszyscy się tu znajdziemy.
Markotny kolektor, wzdychając, zabierał się do wyjścia.
— No, a za wiadomość ja nic nie dostanę?...
— Jutro!
— Szukałem pana po całem mieście, latałem po schodach, małom ducha z siebie nie wypuścił...
— Dość tego! — krzyknął pan Hipolit, prowadząc gościa ku drzwiom. — Jutro będzie wszystko i za fatygę i procent...
Gdy kolektor wyszedł, pan Hipolit zamknął drzwi od sieni na klucz i głęboko wzruszony zawołał:
— Melciu!... siostro kochana!...
Obie panie wpadły w jego objęcia z płaczem.
— A teraz — ciągnął — w tej szczęśliwej godzinie przebaczmy sobie wszystko... Droga siostro!... ja może niezawsze, z powodu ciągłej irytacji i kłopotów, okazywałem ci moje uczucia... Ale...
— Dajże pokój!... — przerwała ciotka. — Tyś zawsze był dobry, choć trochę prędki, a i Melcia też...
— Zaraz jutro — mówił Hipolit — musimy dać na nabożeństwo...
— Poco? — spytała Melcia.
— Na podziękowanie Bogu — odparł ojciec, nie zwracając na słowa córki zbyt szczególnej uwagi. — Następnie weźmiemy inny lokal, najlepiej w Alejach Ujazdowskich, bo to istna wieś. Potem trzeba kupić kasę ogniotrwałą, spłacić długi...
— Oj! to... to... — szepnęła ciotka.
— Ale najważniejsza rzecz — ciągnął pan Hipolit, zniża-