Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kurdybanowicz pokornie odkaszlnął, zatarł znowu ręce jak woźny z konsystorza, który od przychodzących po rozwód bierze co łaska, i słodziutkim głosem szepnął:
— Chciałbym, jeżeli taka będzie wola pani prezesowej dobrodziejki, wynająć ten pokoik pod stryszkiem, co to za dwa ruble na kwartał...
Dama znowu spojrzała przez binokle i tym razem zdawało jej się, że nieznajomy ma szafirowe oczy, że jest blady i smutny, że musi mieć dużo szlachetnych uczuć i że prawdopodobnie walczy z przeciwnościami w życiu, — zupełnie jak w „Bluszczu.“ Potem znowu spytała bardzo przychylnym tonem:
— A cóż acan za jeden?
— Urzędnik, pani prezesowo!... pomocnik dziennikarza w powiecie...
— A z acana porządny człowiek?... Nie będziesz mi w domu wyrabiał jakich zdrożności, boś widzę młody?
— Uchowaj Boże, pani dobrodziejko — jęknął pomocnik dziennikarza, podskakując na krześle.
Ten wstręt do grzechu, zamanifestowany tak energicznie, podobał się prezesowej. Oddała więc Kurdybanowiczowi pokoik za dwa ruble na kwartał, a na dobitkę rzekła:
— Moje serce, a może tobie potrzeba jakich mebelków?
— Chyba tylko obrazka świętego! — westchnął młody człowiek.
— No, a krzesła i stolika nie?...
— Jeżeli łaska pani prezesowej...
— A łóżko maszże jakie?
— Nie tak bardzo! — szepnął Kurdybanowicz.
Za chwilę pożegnał zacną starowinę. Gdy wyszedł, przybiegła z kuchni trochę głucha służąca prezesowej i doniosła pani, że młody człowiek prosił jej, aby mu na parę dni pożyczyła miotły do zamiatania pokoiku, a także — aby mu dawała wody gorącej rano i wieczór, dopóki sobie samowaru nie kupi.