Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nigdy! On mi chorych odmawia, lekarstwa za okno wyrzuca, intryguje...
— No, ale tak dla przykładu, dla ogólnego dobra... — błagał Jacek.
— Jeżeli przyjdzie do mnie, przyjmę go jak należy, ale sam pierwszego kroku nie zrobię — odparł sucho Puszczalski.
Utopowicz zrozumiał, że łatwiej jest dojechać cało do Wydrwiszek, niż pogodzić dwu rywalizujących ze sobą lekarzy, niemniej jednak postanowił porobić w mieście znajomości i zaprosić całą wydrwiszkowską inteligencją na wieczór do Puszczalskiego.
Przedewszystkiem tedy złożył wizytę pisarzowi sądu, człowiekowi ukształconemu i młodemu i wytłomaczył mu powód przybycia. Mówił długo o potrzebie solidarności, straży ogniowych i t. d., narzekał na brak życia na prowincji i wkońcu wypowiedział mniemanie, że pan pisarz jako perła miejscowej inteligencji, niezawodnie pierwszy przyjdzie na wtorkowy wieczór do doktora.
— Czy to będzie męskie zebranie? — zapytał zkolei pisarz.
— Będą i damy.
— Uhu... hu!... Przygotujże się pan na to, że nas obu swatać zaczną. Przechodziłem ja już tę plagę.
Wtedy Jacek zauważył, że ponieważ swaty prowadzą do małżeństwa, a małżeństwo do zwiększenia populacji, dobry przeto obywatel swatów wyrzekać się nie powinien. Pan pisarz jednak bardzo obojętnie wysłuchał tej argumentacji i zakończył upewnieniem, że na wieczorze będzie, ale z kobietami rozmawiać nie myśli.
— Pod względem małżeństwa — rzekł w konkluzji — nie jestem zbyt wymagającym; chciałbym tylko, aby moja przyszła żona naprzód nie narzucała się, powtóre miała niejaki porządek w głowie, a po trzecie nie kłóciła się z ortografją. No, a o to wszystko w Wydrwiszkach bardzo trudno!