Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cudowna noc!... — mówił — czy pani nie zimno w ręce?
— Cokolwieczek... Ale jakie pan ma ręce gorące.
— Miły wiaterek!... Nigdy nie sądziłem, ażeby podróż koleją była tak przyjemna.
— Czy pan widzi tę gwiazdkę błękitną? — pytała Zosia.
— Która to?
— O ta!... Musi się pan lepiej przechylić...
— Aha... ta! — odparł buchalter. — Czem pani pomaduje włosy?
— Niczem.
— Dlaczegóż tak cudownie pachną?
— Może dlatego, że przed chwilą obtarłam sobie twarz wodą kolońską.
Pan Filip lewem okiem patrzył na błękitną gwiazdkę, prawem zaś obserwował czarną sylwetkę duchownego, który podniósł głowę ku niebu, wzdychał i modlił się, nie myśląc o marnościach świata.
W tej chwili rozległo się ciche klaśnięcie, niby delikatny pocałunek.
— O!... — szepnęła Zosia.
Wtem puk!... i wnętrze wagonu zalały potoki światła.
— Pożar!... — krzyknęła Zosia.
— Nie! To tylko konduktor zapalił lampę, ale państwo, zajęci oglądaniem okolicy, nie zauważyliście tego — odpowiedział łagodnym głosem świątobliwy kapłan.
Podróżni nasi bez żadnego przypadku, aczkolwiek bardzo zmęczeni, zajechali do Częstochowy.


VIII
TYLE SZCZĘŚCIA, CO CZŁEK PRZEŚNI!

— Dwa numerki dla państwa! — krzyczał gospodarz hotelu, nisko kłaniając się buchalterowi i jego żonie.
— Tylko obok siebie — dodał Filip.