Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Filip zarumienił się, a Zosia, klasnąwszy w ręce, zawołała:
— Ach! jakże to dobrze!...
— Szkoda, że pan dobrodziej wcześniej o tem nie powiedział — wtrącił kasjer.
— Dlaczego? — zapytał stryj.
— Wystarałbym się o urlop i towarzyszyłbym państwu...
— Ja z nimi nie jadę, ale wprost udam się do Patykowa — odparł stryj.
— A ja właśnie pojechałbym. Szkoda!
Pan Filip szczerze wprawdzie kochał Piotra, z tem wszystkiem jednak uczuł pewien rodzaj ulgi, usłyszawszy jego utyskiwania.
— W każdym jednak razie spróbuję.
Możebyście państwo zaczekali na mnie do dwunastej jutro? — spytał kasjer.
— Lepiej niech wyjadą o ósmej, żeby za dnia stanęli — odezwał się stryj.
Słowa te jednak nie ostudziły żarliwości pana Piotra, który natychmiast pożegnał towarzystwo i obiecał być gotowym na ósmą.
Gdy Zosia wyszła do swego pokoju zająć się niezbędnemi przygotowaniami, stryj rzekł do Filipa:
— Czy ten pan Piotr zakochał się w twojej żonie, że was tak pilnuje?
— E... nie! On robi to przez życzliwość dla mnie.
— A niechże go djabli wezmą z taką życzliwością!... Tożeś po ślubie jeszcze chyba dziesięciu wyrazów nie miał czasu powiedzieć do swej żony. No, czy nie prawda?
— Istotnie! — odparł rozrzewniony Filip, całując stryja w ramię. — Szczęście, że już choć teraz sobie odszedł!...
— O czem panowie mówicie? — zapytała wchodząca Zosia.
— Mówimy — odparł radca — o tych natrętach, którzy młodym małżonkom nie pozwalają dwu wyrazów zamienić...