Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oto wczoraj naprzykład. Zaczynam jej mówić o tem, że sypiać nie mogę, tylko myślę o niej, że ją od roku szalenie kocham. Uśmiechała się dobrotliwie, lecz w chwili, gdym ją wziął za końce palców, weszła magazynierka i spłoszyła całą moją energją.
W godzinę potem, gdym chciał przed nią uklęknąć, przywędrował stryj ze swego pokoju i opowiadał nam historją Towarzystwa Kredytowego. Nad wieczorem, w chwili największego entuzjazmu, kiedym jej mówił o naszem wspólnem pożyciu, licho sprowadziło katarynkę...
— Drobne przeszkody! — zauważył kasjer. — Najważniejsza rzecz: czy przyzwyczaja się do ciebie?
— I tego nie wiem! Przed kilkoma dniami pocałowałem ją w dłoń...
Pan Piotr podniósł ręce dogóry.
— No, i uciekła ode mnie... — kończył Filip.
— Bój się Boga, co wyrabiasz! — zgromił go przyjaciel. — Miłość to delikatny kwiat, który lada powiew nietaktu zmrozić może na wieki, a nawet w nienawiść przemienić. Pamiętaj, że z kobietą to tak jak z księgą: nie możesz zapisywać inaczej, tylko poczynając od pierwszej karty.
— Ja to rozumiem, ale widzisz... Taki naprzykład Adam: śmiały do impertynencji, gotów każdą kobietę przy pierwszem widzeniu pocałować...
— Bezczelny!
— A mimo to ma szczęście.
— Poziome szczęście!... Tacy ludzie nie rozumieją miłości idealnej.
— To prawda, no, ale zawsze... Przecież nie mam jeszcze trzydziestu lat i myślę niekiedy, że...
— Dosyć!... Uważam to za podmuch brudnej namiętności.
— Kiedy bo i te brudne namiętności mają dobrą stronę.
— Złudzenia!
— Cóż więc mam robić? — jęknął nieszczęśliwy buchal-