Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


liśmy na ulicy Wierzbowej, jakiś bardzo przyzwoity mężczyzna zastąpił mu drogę i z najniższym ukłonem rzekł:
— Jakież to szczęście, że spotykam szanownego pana Artura!
— Witam; czemże mogę służyć? — spytał uprzejmy młody człowiek.
— Powiem krótko: we czwartek żona moja i ja wydajemy wieczorek... Znam mało przyzwoitej młodzieży, i dlatego ośmielam się prosić pana o pomoc...
— Rozumiem i chętnie służę! — odparł młody człowiek, któremu przemknęły w tej chwili przez myśl: polędwica z sałatą, szczupak z białym sosem i kilka gatunków win różnej narodowości.
— Gdzież szanowny pan mieszka? — zawołał rozpromieniony gospodarz balu. — Już od tak dawna pragnąłem mu złożyć wizytę...
— W tej chwili... to jest... — bełkotał Artur.
— Domyślam się! Masz pan zapewne nieuregulowany apartament. Więc tymczasem dowidzenia, a przy pierwszej sposobności...
Mówiąc to, człowiek przyzwoity czule ściskał rękę Artura, który wyglądał tak, jakby mu frazes „o uregulowaniu apartamentów“ nasunął jakąś myśl znakomitą. Nim więc znajomy zdołał dostatecznie określić potęgę swej wdzięczności, Artur rzekł:
— Przepraszam za ciekawość...
— Owszem, panie, bardzo proszę!
— Czy państwo Gwizdalscy są także inwitowani?
— Panna Helena i jej ojciec?... Na śmierć zapomniałem!... Ale zaproszę ich niezawodnie, mam nawet przy sobie bilety i natychmiast poszlę.
— Będę dziś u tych państwa i z całą przyjemnością podejmę się pośrednictwa.
— Pan taki łaskaw... tyle grzeczności!... Musimy jednak