Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rozumie się.
Ponieważ i pan Piotr bez względu na swój kwaskowaty temperament podzielał plany obu przyjaciół, uczuciowy więc gospodarz domu wpadł w ekstazę, w następstwie której, przeprosiwszy szanownych gości, wybiegł do przedpokoju.
— Józefie! — zawołał na lokaja.
— Słucham jaśnie pana! — odparł drzemiący sługa.
— Skoczysz do Fukiera i przyniesiesz trzy bocianki... tego po dwa ruble.
— Dobrze, jaśnie panie!...
Już miał się wrócić do gości finansista, kiedy nagle famulus jego, przypomniawszy coś sobie, rzekł:
— Jeszcze jedno, proszę jaśnie pana... Tam panna Aniela czeka na jaśnie pana w pokoju.
— Powiesz, że nie mam czasu — odparł niecierpliwie gospodarz.
— Kiedy, bo panna Aniela już z godzinę, jak mówiła mi o tem, a tylko ja nie chciałem prosić jaśnie pana przy gościach.
— Dobrze! dobrze!... — mruknął pan Medard. — Skaranie Boże z tą...
I z temi słowy wszedł do pokoju córki.
Panna Aniela, którą brat i ojciec oskarżali o kompromitowanie świetnego nazwiska Paluszkiewiczów, czytała w tej chwili jakąś książkę. Ujrzawszy ojca, powstała.
— Cóż za interes? — spytał pan Medard, majestatycznie patrząc na biedną dziewczynę.
— Chciałam z papą pomówić w ważnym interesie — odparła, rumieniąc się — ale może papa zajęty?...
— Nie mam wprawdzie czasu, ale... słucham! — rzekł ojciec rodziny, składając ręce tak po napoleońsku, jak najżarliwszy bonapartysta.
— Mój narzeczony — mówiła stłumionym głosem — chce się koniecznie z papą rozmówić...