Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Starszy Paluszkiewicz oburzył się.
— Jakto facecje? przecież nabył świadectwo gildyjne.
— Co znaczy świadectwo bez interesów? — ciągnął niezmieszany Piotr.
— Ma już umeblowanie do biura...
— A tak! stolik i dwa krzesła...
Paluszkiewicz starszy zerwał się z szezlonga i szybko przebiegł salonik, co oznaczało gwałtowne wzruszenie. Widząc to, spokojny Paweł skierował rozmowę na inny temat.
— Mówiono też w naszych stronach, że Fonsio starał się znowu o jakąś pannę Donnerwetter...
— Von Donnerwetter — poprawił pan Medard, zatrzymując się na środku pokoju.
— Cóżto za jedna? — pytał dalej Paweł.
— Córka bogatego przemysłowca — odpowiedział Medard.
— Mularza! — wtrącił Piotr.
Gospodarz ruszył ramionami i znowu począł przebiegać pokój.
— Dlaczegóż nie doszło małżeństwo?
— Intrygi... nieszczęście!... — objaśnił zirytowany ojciec.
— Podobno w liście do panny zażartował sobie z jej matki — zauważył Piotr.
Cichy Paweł bez znacznych wysiłków zauważył, że Paluszkiewicz starszy chce coś bardzo przykrego odpowiedziać Piotrowi. Na szczęście w tej chwili ukazał się w mocnym negliżu piękny Alfons i z oburzeniem wykrzyknął:
— Nie rozumiem, słowo honoru daję, kto panu Piotrowi takie plotki donosi, a jeszcze mniej rozumiem, jak może człowiek poważny i przyjaciel naszego domu powtarzać je... słowo honoru!
— Robi to w dobrej wierze, w kółku zaufanem... — mitygował go Paweł.
Ale pan Piotr należał do ludzi twardych.