Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wer, a nasi sekundanci w braku gałek popisali kartki. Potem mieli do nas mówkę o miłości bliźniego, jedności i zgodzie.
Mowy tej obaj wysłuchaliśmy przykładnie, — poczem jeden z sekundantów rzekł do mnie:
— Panie Izydorze, zaczynaj pan!...
— Niech zacznie pan Holenderski — odpowiedziałem, zgodnie z przepisami kodeksu honorowego.
Holenderski sięgnął ręką do kapelusza, i wyciągnął czystą kartkę.
— A zatem pan Izydor strzeli sobie w łeb — rzekł, podając mi rewolwer.
— Panie! — odpowiedziałem — jeszcze nie wyciągnąłem kartki.
— A więc ciągnij pan!
— Nie mogę, panie, ponieważ przypomniałem sobie, że muszę pierwej wyzwać na pojedynek pana Bonifacego.
— A cóż mnie jakiś tam Bonifacy obchodzi? — zawołał Holenderski.
— Pana nic, ale mnie obchodzi, a nawet bardzo, ponieważ zrzucił mi kapelusz.
— Bagatela! — wtrącił jeden z sekundantów.
— Ale ba! on mnie jeszcze ze schodów zepchnął!...
— Pysznie! — wtrącił drugi sekundant.
— Wcale nie pysznie — dodałem z zimną krwią — bo on mnie jeszcze cybuchem parę razy uderzył.
— Panie! — przerwał Holenderski z ukłonem — wybacz pan, że nie mogę się ani pojedynkować, ani nawet znać z człowiekiem, którego ze schodów spychają i biją cybuchami. Żegnam!
Jeszczem nie ochłonął z wrażenia, jakie na mnie ta powieść zrobiła, kiedy nagle otworzyły się drzwi Izydorowego pokoju, i wszedł jakiś nieznany mi młody człowiek.