Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znowu, powabna krakowianka ochrzypłym, zapewnie naumyślnie, głosem wymieniała nazwisko i numer domu jakiemuś mężczyźnie, przebranemu za podoficera policji. Słowem dużo rozmaitości, ale zabawy bardzo mało.
— Wiesz, drogi Tadziu — szepnął Karol — że nieźle byłoby dla nabrania fantazji kropnąć coś orzeźwiającego.
— Z największą przyjemnością! — odparł Tadzio.
W dziesięć minut potem dwaj przyjaciele, już z zarumienionemi policzkami, stali pod piecem, a współcześnie tkliwy Tadzio dostrzegł, że maskarada ożywiła się znakomicie.
Wkrótce też całkowicie utonął w obserwacji, i oto co widział i słyszał:
Żokiej w nankinowym garniturze. Ho! ho!... facecie, poznajesz mnie?...
Elegant. Aaa... to ty?... Winszuję ci awansu!...
Żokiej w nankinowym garniturze. Jakto, więc wiesz, żem awansował?...
Elegant. Ale jak!... Przed wieczorem jeszcze byłeś chłopcem do czyszczenia butów, a teraz jesteś już żokiejem. Winszować!...
Czarna maska. Znam cię!... Gdzieś podział zegarek, bałamucie?...
Jegomość w pewnym wieku. Zostawiłem w domu, wiedząc, że mnie będziesz intrygować.
Młody Żydek. Do interesu, państwo, do interesu!...
Maska zielona. Za parę lat, moje dziecko, boś jeszcze za młody!...
Maska biała. Znam cię!... jesteś literat!...
Literat. Skąd wiesz o tem, maseczko?...
Maska biała. Poznałam cię po głupiej minie...
Literat. Brawo, poetko!...
Maska biała. Skąd wiesz, że jestem poetką?...
Literat. Stąd, że czuję wieszczy ogień nawet przez maskę...