Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom3.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

robić dłużej, pożegnał swego Stacha i rzekł na odchodne:
— Widzę, że jesteś dyabelnie zajęty, więc najlepiej zrobisz, jeżeli odrazu oddasz sprawę adwokatowi.
— Dobrze... dobrze... — odparł Wokulski, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi pan Ignacy. Właśnie w tej chwili myślał o ruinach zasławskiego zamku, wśród których pierwszy raz zobaczył łzy w oczach panny Izabeli.
„Jaka ona szlachetna!... Jaka delikatność uczuć!... Jeszcze nieprędko poznam wszystkie skarby tej pięknej duszy...“
Po dwa razy dziennie bywał u pana Łęckiego, a jeżeli nie u niego, to przynajmniej w tych towarzystwach, gdzie mógł spotkać się z panną Izabelą, patrzeć na nią i zamienić choć parę wyrazów. To mu na dziś wystarczało, a o przyszłości nie śmiał myśleć.
„Zdaje mi się, że umrę u jej nóg... — mówił sobie. — No i co z tego?... Umrę, patrząc na nią i może przez całą wieczność będę ją widział. Któż wie, czy życie przyszłe nie zamyka się w ostatniem uczuciu człowieka?...“
I powtarzał za Mickiewiczem:
„A po dniach wielu, czy po latach wielu, kiedy mi każą mogiłę porzucić, wspomnisz o twoim sennym przyjacielu i spłyniesz z nieba, aby go ocucić... Znowu mnie złożysz na twem łonie bia-