Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/441

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pani zawsze musi mi zrobić jakiś skandal! — oburzył się Ochocki. — Pani może ze mną jeździć po wertepach, ale pannie Felicyi niewolno nawet zajrzeć do obserwatoryum...
— Ależ zaglądajcie sobie, moi kochani, tylko już raz idźmy do parku. Baronie... Belu...
Wyszli. W pierwszą parę pani Wąsowska z panną Izabelą, za niemi Wokulski, dalej baron z narzeczoną, a na końcu panna Felicya z Ochockim, który rozrzucał rękoma i prawił:
— Nic nigdy nie pozna pani nowego, chyba cudacki kapelusz, albo siódmą czy ósmą figurę kontredansa, jeżeli jaki półgłówek wymyśli ją... Nic i nigdy!... — dodał dramatycznym głosem — bo zawsze znajdzie się jakaś baba...
— Fe! panie Julianie, któż tak mówi?...
— Tak, nieznośna baba, która będzie uważać to za nieprzyzwoite, że pani ze mną pójdzie do laboratoryum...
— Bo może to naprawdę jest źle...
— Tak, źle!... Dekoltować się do pasa jest dobrze, brać lekcye śpiewu od jakiegoś włocha, który nie czyści paznogci...
— Ale widzi pan... Bo gdyby młode panny ciągle samnasam przebywały z młodymi ludźmi, to mogłaby się która zakochać...
— Więc cóż z tego? Niech się kocha. Czy lepiej, ażeby i nie kochała się i była głupia?... Pani jest dzika kobieta, panno Felicyo...