Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/436

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Co za głupstwo! — myślał. — Choćby nawet i ona, więc cóż z tego?... Jest taką samą kobietą jak pani Wąsowska, panna Felicya, panna Ewelina... A ja znowu nie jestem takim jak baron...“
Ale tak mówiąc, czuł, że ona dla niego jest inną, niż inne kobiety, i że gdyby zażądała, złożyłby u jej nóg majątek, nawet życie.
„Głupstwo! głupstwo!... — szeptał, chodząc po pokoju. — Jest tu przecie jej wielbiciel pan Starski, z którym umawiali się, że wesoło przepędzą wakacye... Pamiętam te spojrzenia, ach...“
Gniew w nim zakipiał.
„Zobaczymy, panno Izabelo: kim ty jesteś i co jesteś warta? Teraz ja będę twoim sędzią...“ — pomyślał.
Zapukano do drzwi, wszedł stary lokaj. Obejrzał się po pokoju i rzekł przyciszonym głosem:
— Jaśnie pani kazała powiedzieć, że jest panna Łęcka i że, jeżeli jaśnie pan gotów, to prosi na obiad...
— Powiedzcie, że natychmiast służę — odparł Wokulski.
Po wyjściu służącego chwilę postał w oknie, patrząc na park oświetlony ukośnemi promieniami słońca i na krzak bzu, na którym wesoło świegotały ptaki.
Patrzył, ale serce nurtowała mu głucha obawa