Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/412

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lazłbyś się w fałszywej pozycyi nawet wobec państwa Łęckich. Zazwyczaj nie lubimy tych, którzy coś po nas dziedziczą, to jedno. A powtóre — kto zaręczy, że nie zaczęłyby snuć im się różne kombinacye po głowach?... Nużby pomyśleli: kupił zadrogo, albo zatanio?.. Jeżeli zatanio — jak śmie robić nam łaskę, a jeżeli zadrogo, to — wyzyskał nas...
Ostatnich wyrazów adwokata Wokulski prawie nie słyszał, pochłonięty innemi myślami, które go jeszcze mocniej opanowały po odejściu gościa.
„Jużci — mówił do siebie, — adwokat ma racyą. Ludzie mnie sądzą i nawet wyrokują: ale, że robią to poza mojemi plecami, więc nie wiem o niczem. Dziś dopiero przychodzi mi na myśl wiele szczegółów. Już od tygodnia, kupcy, związani ze mną, mają kwaśne miny, a przeciwnicy — tryumfują. W sklepie także coś jest... Ignacy chodzi smutny, Szlangbaum zamyślony. Lisiecki stał się opryskliwszy niż dawniej, jakby przypuszczał, że niedługo wylecę z budy. Klejn ma minę żałosną (socyalista! gniewa się na wyścigi i pojedynki...), a frant Ziemba, już zaczyna kręcić się przy Szlangbaumie... Może przeczuwa w nim przyszłego właściciela sklepu?... Ach, wy kochani ludzie!...“
Stanął na progu gabinetu i kiwnął na Rzeckiego; stary subjekt istotnie był jakiś niewyraźny i swemu pryncypałowi nie patrzył w oczy.