Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/409

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To mówiąc, pocierał sobie kark z obu stron i krzywił się, jakby miał pełne usta chininy.
Wokulski spuścił oczy i milczał; adwokat mówił dalej:
— Panie drogi — jednem słowem — źle słychać. Hrabia Sanocki, pamięta go pan, ten stronnik groszowych oszczędności, chce zupełnie wycofać się ze spółki... A wie pan dlaczego? Dla dwu powodów: najprzód bawisz się pan w wyścigi, a powtóre — bijesz go pan na wyścigach. Razem z pańską klaczą ścigał się jego koń i — przegrał. Hrabia jest bardzo zmartwiony i mruczy: „Po dyabła mam składać kapitały? Czy poto, ażeby kupcom dawać możność ścigania się ze mną i chwytania mi nagród zprzed nosa?...“
Napróźno przekonywałem go — ciągnął, odpocząwszy adwokat, — że przecież wyścigi są takim dobrym interesem, jak każdy inny, a nawet lepszym, gdyż wciągu kilku dni, na ośmiuset rublach, zarobiłeś pan trzysta; ale hrabia odrazu zamknął mi usta:
„Wokulski — odparł, — całą wygranę i wartość konia, oddał damom na ochronkę, a oprócz tego, Bóg wie, ile zapłacił Yungowi i Millerowi...“
— Czy mi nawet tego robić nie wolno! — wtrącił Wokulski.
— Wolno, panie, wolno — potakiwał słodko znakomity adwokat. Wolno robić, ale robiąc to — powtarzasz pan tylko stare grzechy, zresztą daleko