Przejdź do zawartości

Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

kieja, a ten poprowadzi ją według mojej instrukcyi. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą, nawet nie trzymałbym jej na stajni...
 — Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się — wtrącił ze słodkim uśmiechem Maruszewicz.
 — Uspokoić się!... — krzyknął dyrektor, czerwieniejąc z gniewu. — No, niech pan Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który opowiadał, że ja sprzedałem w lubelskie konia, co miał koler!... Takich rzeczy — wołał, coraz mocniej podnosząc głos — nie zapomina się, panie Maruszewicz. I gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie... Ja sprzedałem konia, co miał koler!... Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli, klacz wygra... Żeby miała paść... Przekona się pan baron... Koń miał koler... Ha! ha! ha!... — wybuchnął demonicznym śmiechem dyrektor.
 Po obejrzeniu klaczy, panowie udali się do kancelaryi, gdzie Wokulski uregulował należne rachunki, przysięgając sobie, nie mówić o żadnym koniu, że ma koler. Na pożegnanie zaś, odezwał się:
 — Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie?
 — Zrobi się.
 — Ale...

 — O! niech pan będzie spokojny — odparł