Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziwny traf. Gdy Wokulski był subjektem w sklepie kolonialnym, marzył o perpetuum mobile, machinie, któraby się sama poruszała. Gdy zaś, wstąpiwszy do szkoły przygotowawczej, poznał, że taka machina jest niedorzecznością, wówczas najtajniejszem i najulubieńszem jego pragnieniem było — wynaleźć sposób kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego było tylko fantastycznym cieniem, błąkającym się po fałszywych drogach, w Ochockim przybrało już formę praktycznego zagadnienia.
„Cóżto za okrucieństwo losów! — myślał z goryczą. — Dwom ludziom dano prawie te same aspiracye, tylko jeden urodził się o ośmnaście lat wcześniej, drugi później; jeden w nędzy, drugi w dostatku; jeden nie mógł wdrapać się na pierwsze piętro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedł dwa piętra... Jego nie zepchną z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi miłość, którą traktuje jak zabawkę; podczas gdy dla mnie, który sześć lat spędziłem na pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Więcej nawet!... No i on tryumfuje nademną na każdem polu, choć przecież ja mam te same uczucia, tę samę świadomość położenia, a pracę zpewnością większą...“
Wokulski dobrze znał ludzi i często porównywał się z nimi. Lecz gdziekolwiek był, wszędzie widział się trochę lepszym od innych. Czy jako