Przejdź do zawartości

Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Stanowisko Szlangbauma wyjaśniło się odrazu; dziś mnie prędzej coś powiedzą (ba! nawet zwymyślają), aniżeli jemu. Ale czy wynalazł kto sposób przeciw półsłówkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi nieraz mówi, wzdychając:
 — Ach, gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym ztąd na Nalewki...
 — Bo dlaczego, panie Henryku — spytałem go — raz się do licha nie ochrzcisz?...
 — Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako żyd jestem tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches, byłbym wstrętny i dla chrześcijan i dla żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą — dodał ciszej — mam pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym będę dziedziczyć...
 Rzecz ciekawa. Ojciec Szlangbauma jest lichwiarzem, a syn, ażeby od niego grosza nie wziąć, bieduje po sklepach jako subjekt.
 Nieraz, we cztery oczy, rozmawiam o nim z Lisieckim.
 — Zaco — pytam — prześladujecie go? Wszakże on prowadzi dom na sposób chrześcijański, a nawet dzieciom urządza choinkę...
 — Bo uważa — mówi Lisiecki — że korzystniej jadać macę z kiełbasą, aniżeli samą.
 — Ależ to porządny człowiek...

 — Dla geszeftu... Dla geszeftu nazywał się