Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Albo ta dziewczyna, która pisała do niego od Magdalenek: „Przypomniałam sobie jednę modlitwę z dziecinnych czasów, ażeby modlić się za pana“...
Oto ludzie prości, oto dziewczyny występne; czyliż oni i one nie mają więcej szlachetnych uczuć, aniżeli my, surdutowcy, po całem mieście chwalący się cnotami, w które zresztą żaden z nas nie wierzy. Ma Staś racyą, że zajął się losem tych biedaków, chociaż... mógłby się nimi zajmować w sposób trochę spokojniejszy...
Ach! bo trwożą mnie jego nowe znajomości...
Pamiętam, w początkach maja, wchodzi do sklepu jakiś bardzo niewyraźny jegomość (rude faworyty, oczy paskudne) i położywszy na kantorku swój bilet wizytowy, mówi dosyć połamanym językiem:
— Prosze powiedzieć pan Wokulski, ja będę dziś siódma...
I tyle. Spojrzałem na bilet, czytam: „Wiljam Colins, nauczyciel języka angielskiego“... Cóż to za farsa?... Przecie chyba Wokulski nie będzie uczył się poangielsku?...
Wszystko jednak zrozumiałem, gdy na drugi dzień przyszły telegramy o... zamachu Hӧdla...
Albo inna znajomość, jakaś pani Meliton, która zaszczyca nas wizytami od chwili powrotu Stasia z Bułgaryi. Chuda baba, mała, trajkocze jak młyn,