Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przód, naprawo i nalewo. Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń, jak się komu podobało.
— Z górki na pazurki!... — zawołałeś wtedy Katz.
A w tej chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś wtyle z wielkim łoskotem.
Wtedy błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są hałaśliwemi komedyami, które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?... To bowiem, na co patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie.
Zeszliśmy na równinę. Od naszej bateryi przyleciał huzar, donosząc, że jedna z armat zdemontowana. Współcześnie nalewo od nas padł granat; zarył się w ziemię, ale nie wybuchnął.
— Zaczynają nas lizać — rzekł stary podoficer.
Drugi granat pękł nad naszemi głowami i jedna z jego skorup padła Kratochwilowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się.
— Oho!... ho!... — zawołano w szeregu.
W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków nalewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział, trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go nie słyszał; natomiast zaszumiało mi w prawem uchu, jakby tam wpadła kropla wody.