Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między niemi gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtem tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce utworzyły białą linią, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu, leżącego o kilkaset kroków nalewo od nas, wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili, naprawo od nas, huknął strzał armatni i nad białym oddziałem austryackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał i znowu nad austryakami obłoczek. Pół minuty — znowu strzał i znowu obłoczek...
Herr Gott! — zawołał stary podoficer — jak nasi strzelają... Bem komenderuje, czy dyabeł...
Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległem wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej bateryi poleciał warczący granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty...
— Mądre bestye! — mruknął podoficer.
— Batalion!... naprzód marsz!.. — wrzasnął ogromnym głosem nasz major.
— Kompania!... naprzód marsz... Pluton!.. naprzód marsz!.. — powtórzyli różnemi głosami oficerowie.
Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle, cztery poszły na-