Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na jeden taki dzień. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz, bośmy to obaj widzieli. A niby na razie wydawało się — nic...
Na półtory doby przedtem skupiła się nasza brygada pod jakąś wsią węgierską, której nazwy nie pamiętam. Fetowali nas aż miło. W winie, coprawda, nieosobliwszem, można się było myć, a wieprzowina i papryka już nam tak zbrzydły, że człowiek nie wziąłby do ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie się, miał co innego. A jaka muzyka, a jakie dziewuchy!... Cygani doskonale grają, a każda węgierka istny proch. Kręciło się ich bestyjek wszystkiego ze dwadzieścia, a jednak zrobiło się tak gorąco, że nasi zakłuli i zarąbali trzech chłopów, a chłopi zabili nam drągami huzara.
I Bóg wie czem skończyłaby się tak pięknie rozpoczęta zabawa, gdyby, w chwili największego tumultu, nie zajechał do sztabu szlachcic czwórką koni okrytych pianą. W kilka minut później rozeszła się po wojsku wieść, że w pobliżu znajdują się wielkie masy austryaków. Zatrąbiono do porządku, tumult ucichł, węgierki znikły, a w szeregach zaczęto szeptać o jeneralnej bitwie.
— Nareszcie!... — powiedziałeś do mnie.
Tej samej nocy posunęliśmy się o milę naprzód, w ciągu następnego dnia znowu o milę. Co kilka godzin, a później nawet cogodzinę, przylatywały sztafety. Było to dowodem, że w pobliżu znajduje