Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


daliśmy o tych rzeczach, a on zawsze zachęcał mnie, ażebym szedł bić niemców, więc zdawało mi się, że mój zamiar zrobi mu wielką przyjemność. Tymczasem Mincel jakoś posmutniał. Na drugi dzień wypłacił mi pieniądze, które miałem u niego, dał nawet gratyfikacyą, obiecał opiekować się pościelą i kufrem, na wypadek, gdybym kiedy wrócił. Ale zwykła wojowniczość opuściła go i ani razu nie powtórzył swego ulubionego wykrzyknika:
— Ehej!... dałbym ja szwabom, żebym tak nie miał sklepu...
Gdy zaś około dziesiątej wieczorem, ubrany w półkożuszek i grube buty, uściskawszy go, wziąłem za klamkę, ażeby opuścić izbę, w której tyle lat przemieszkaliśmy razem, coś dziwnego stało się z Janem. Nagle zerwał się z krzesła i rozkrzyżowawszy ręce, krzyknął:
— Świnia!... gdzie ty idziesz?...
A potem rzucił się na moje łóżko, szlochając jak dzieciak.
Uciekłem. W sieni, słabo oświetlonej olejnym kagankiem, ktoś zastąpił mi drogę. Ażem drgnął. Byłto August Katz, odziany, jak wypadało na marcową podróż.
— Co tu robisz, Auguście? — spytałem.
— Czekam na ciebie.
Myślałem, że chce mnie odprowadzić; więc poszliśmy na plac Grzybowski w milczeniu, bo Katz nigdy nic nie mówił. Fura żydowska, którą mia-