Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Chyba jest dalej“ — szepnął, z trwogą idąc do ostatniego salonu.
Tu pochwycił go pan Łęcki, z oznakami niebywałej tkliwości.
— Już pan wychodzisz? Więc do widzenia, drogi panie. Po świętach u mnie pierwsza sesya i w Imię Boże zaczynajmy.
„Niema jej!“ — myślał Wokulski, żegnając się z panem Tomaszem.
— Ale wiesz pan — szepnął Łęcki — zrobiłeś szalony efekt. Hrabina nie posiada się z radości, książe mówi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesową... No... cudownie!... Nie można było marzyć o zdobyciu lepszej pozycyi...
Wokulski stał już w progu. Jeszcze raz szklanemi oczyma powiódł po sali i — wyszedł z desperacyą w sercu.
„Może wypadałoby wrócić i pożegnać ją?... Przecież zastępowała miejsce gospodyni...“ — myślał, powoli schodząc ze schodów.
Nagle drgnął, słysząc szelest sukni w wielkiej galeryi.
„Ona“...
Podniósł głowę i zobaczył damę w brylantach.
Ktoś podał mu palto. Wokulski wyszedł na ulicę, zatoczywszy się, jak pijany.
— Cóż mi po świetnej pozycyi, jeżeli jej tam niema?
— Konie pana Wokulskiego! — zawołał z sieni