Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Weź Florciu lampę do mego pokoju. Papo jest?
— Przed chwilą wyjechał.
— A Mikołaj?
— Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? — pyta panna Florentyna.
— Nie — śmieje się panna Izabela — tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś majaczyło.
Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu. Panna Izabela siada na szeslągu, zasłania ręką oczy przed światłem i mówi:
— Wiesz Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber obcemu. Mogą naprawdę dostać się, Bóg wie w jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy mojem biórku i napisz do ciotki, że... przyjmuję jej propozycyą. Niech nam pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra.
Panna Florentyna patrzy na nią z najwyższem zdumieniem, wreszcie odpowiada:
— To jest niemożliwe, Belciu.
— Dlaczego?...
— Przed kwadransem otrzymałam list od pani Meliton, że srebra i serwis już kupione.
— Już?... Kto je kupił? — woła panna Izabela, chwytając kuzynkę za ręce.
Panna Florentyna jest zmieszana.
— Podobno jakiś kupiec z Rosyi... — mówi, lecz czuć, że mówi nieprawdę.