Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


taki, że przegrałem ośm do dziesięciu rubli, a wygrałem około siedemdziesięciu; chociaż — nie mam pretensyi do geniuszu! — dodał skromnie.
Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec. Pobladła i chwyciwszy się za czoło, szepnęła:
— A... a!...
Ojciec i panna Florentyna zerwali się z krzeseł.
— Co ci jest Belu?... — spytał zatrwożony pan Tomasz.
— Nic — odpowiedziała, wstając od stołu — migrena. Od godziny czułam, że będę ją mieć... To nic papo...
Pocałowała ojca w rękę i wyszła do swego pokoju.
— Nagła migrena powinnaby przejść zaraz — rzekł pan Tomasz. — Pójdź do niej, Florciu. Ja na chwilę wyjadę do miasta, bo muszę zobaczyć się z kilkoma osobami, ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią, kochana Florciu, proszę cię o to — mówił pan Tomasz, ze spokojną fizyognomią człowieka, bez którego poleceń albo prośby nie może być dobrze na świecie.
— Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię porządek — odpowiedziała panna Florentyna, dla której ład w domu, był sprawą ważniejszą od czyjejkolwiek migreny.
Już mrok ogarnął ziemię... Panna Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie; upadła na szesląg i obu rękami zasłoniła oczy. Zpod kaskady tka-