Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Myślę ciociu, że martwić się tem już zapóźno — wtrąciła panna Izabela.
— Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które ukoić może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że ojciec stracił wszystko, nawet resztę twego posagu?
— Cóż ja na to poradzę?
— A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś — mówiła hrabina z naciskiem. — Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem, no — ale... Gdyby nasze obowiązki były do spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam broni, mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile? Nakoniec mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej, składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż, jest mniej wymagającym od męża w średnim wieku...
— Ach, ciociu...
— Tylko bez egzaltacyi, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć seryo. Nie można przecie dla jakiejś idyosynkrazyi poświęcać bytu ojca, a choćby Flory i waszej służby. Wreszcie pomyśl, ile ty, przy twem szlachetnem serduszku mogłabyś zrobić dobrego, rozporządzając znacznym majątkiem.
— Ależ ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu