Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znalazła, tam obok niej wszystko bladło; inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni niewolnikami.
I to wszystko przeszło!... I dziś w tym salonie — chłodno, ciemno i pusto... Jest tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze zasnuwa szarą siecią te miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i zkąd szczęście uciekło. Już uciekło!... Panna Izabela wyłamywała sobie palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej było nawet w pustce i w nocy.
Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem — hrabiny Karolowej, która, kiedy wezbrał jej zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na kanapie, prawiła wśród westchnień:
— Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów nie do darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys króla — trochę liberalnego i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba mieć — więcej — nie powiem: taktu, ale — doświadczenia — ciagnęła hrabina, skromnie spuszczając powieki. — Ale wypuścić, czy — jeżeli chcesz — odrzucić, hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!... Człowiek młody, majętny, bardzo dobrze, i jeszcze z taką karyerą!... Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacyi do Ojca Świętego i zapewne dostanie specyalne błogosławieństwo dla całej rodziny, no — a hrabia Chambord nazywa go cher cousin... Ach Boże!