Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mem inwalidów, co dopiero byłoby niesprawiedliwością.
Ignacy posunął się z krzesłem.
— I to ty mówisz, Stasiu?... Na seryo, bez żartów?
Wokulski zwrócił na niego spokojne wejrzenie.
— Ja mówię — odparł. — Cóż w tem dziwnego? Czyliż to samo prawo nie stosuje się do mnie, do ciebie, do nas wszystkich?... Zadużo płakałem nad sobą, ażebym miał rozczulać się nad Turcyą.
Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł.
— No, a tobie jakże poszło? — zapytał Rzecki już zwykłym tonem.
Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz kanapy.
— Pamiętasz, — rzekł — ile wziąłem pieniędzy, gdym ztąd wyjeżdżał?
— Trzydzieści tysięcy rubli, całą gotówkę.
— A jak ci się zdaje: ile przywiozłem?
— Pięćdzie... ze czterdzieści tysięcy... Zgadłem?.. — pytał Rzecki, niepewnie patrząc na niego.
Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.
— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie — rzekł dobitnie... A ponieważ kazałem zakupić banknoty, które po zawar-