Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeżeli mówicie prawdę — rzekł wreszcie naczelnik policji — nie będziemy wam przeszkadzali. Owszem, pożyczymy go wam na chwilę, gdy wpadnie w nasze ręce...
— Przysięgacie?
— Przysięgamy...
— No, to możemy iść razem...
Przyłączyli się, ale — Grek zniknął im z oczu.
— Przeklęty!... — zawołał naczelnik policji — znowu umknął...
— Znajdzie się — odparł dozorca z Labiryntu — a może nawet tędy będzie wracał.
— Pocóżby szedł do królewskiego ogrodu? — spytał naczelnik.
— Arcykapłani używają go do jakichś swoich interesów, ale on wróci do świątyni, wróci!... — mówił dozorca.
Postanowili tedy czekać i działać wspólnie.
— Trzecią noc marnujemy! — rzekł jeden z policjantów, ziewając.
Owinęli się w burnusy i legli na trawie.

Natychmiast po wyjeździe Tutmozisa, czcigodna pani Nikotris, milcząc, z zaciśniętemi z gniewu ustami, opuściła komnaty syna. A gdy Ramzes chciał ją uspokoić, ostro przerwała mu:
— Żegnam faraona i proszę bogów, ażeby pozwolili mi jutro powitać cię jeszcze jako faraona...
— Wątpisz o tem, matko?
— O wszystkiem można zwątpić wobec człowieka, który słucha rad szaleńców i zdrajców!...
Rozeszli się, oboje zagniewani.
Wkrótce jego świątobliwość odzyskał dobry humor i wesoło rozmawiał z dostojnikami. Ale już o szóstej począł go trapić niepokój.
— Tutmozis powinienby przysłać do nas gońca... — mówił