Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Potrzebuję kilkudziesięciu ludzi, którzy gotowi są zginąć za sławę pana naszego...
Wysunęło się więcej niż trzeba żołnierzy i oficerów, a na ich czele Eunana.
— Czy jesteście przygotowani na śmierć? — spytał Tutmozis.
— Umrzemy, panie, z tobą, dla jego świątobliwości!... — zawołał Eunana.
— Nie umrzecie, ale zwyciężycie podłych zbrodniarzy — odparł Tutmozis. — Żołnierze, należący do tej wyprawy, zostaną oficerami, a oficerowie awansują o dwa stopnie wyżej. Tak mówię wam ja, Tutmozis, z woli faraona wódz naczelny.
— Żyj wiecznie!...
Tutmozis kazał zaprząc dwadzieścia pięć dwukolnych wozów ciężkiej kawalerji i wsadzić na nie ochotników. Sam w towarzystwie Kaliposa wsiedli na konie, i niebawem cały orszak, skierowany ku Memfisowi, zniknął w kurzawie.
Widząc to z okna królewskiej willi, Hiram schylił się przed faraonem i szepnął:
— Teraz dopiero wierzę, iż wasza świątobliwość nie byłeś w spisku z arcykapłanami...
— Oszalałeś?... — wybuchnął pan.
— Wybacz, władco, ale dzisiejszy napad na świątynie był ułożony przez kapłanów. Jakim zaś sposobem wciągnęli do niego waszą świątobliwość? — nie rozumiem.
Była już godzina piąta po południu.