Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i dużo czasu upłynie, nim który odważyłby się przekroczyć świętą bramę...
— A cóż kapłani?...
— Błogosławią żołnierzy, karmią ich, poją i udają, że wojsko nie winno napadowi na świątynię, że to była robota Fenicjan...
— I wy pozwalacie na to demoralizowanie pułków?... — zawołał Tutmozis.
— Przecież jego świątobliwość rozkazał nam bronić kapłanów przeciw pospólstwu... — odparł adjutant. — Gdyby nam pozwolono zająć świątynie, bylibyśmy w nich od dziesiątej z rana, a arcykapłani siedzieliby w piwnicach.
W tej chwili oficer dyżurny zawiadomił Tutmozisa, że znowu jakiś kapłan, przybyły od Memfisu, chce mówić z jego świątobliwością.
Tutmozis obejrzał gościa. Był to człowiek jeszcze dość młody, z twarzą jakby wyrzeźbioną w drzewie. Powiedział, że przychodzi do faraona od Samentu.
Ramzes natychmiast przyjął kapłana, który, upadłszy na ziemię, podał władcy pierścień, na którego widok faraon pobladł.
— Co to znaczy?... — zapytał pan.
— Samentu nie żyje... — odpowiedział wysłannik.
Ramzes przez chwilę nie mógł wydobyć głosu. Wreszcie rzekł:
— Jak się to stało?...
— Zdaje się — mówił kapłan — że Samentu został odkryty w jednej z sal Labiryntu i sam się otruł, aby uniknąć mąk... I zdaje się, że odkrył go Mefres, przy pomocy jakiegoś Greka, który ma być bardzo podobny do waszej świątobliwości...
— Znowu Mefres i Lykon! — zawołał z gniewem Tutmozis. — Panie — zwrócił się do faraona — czyliż nigdy nie uwolnisz się od tych zdrajców?...