Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nocy, miał kaftan w białe i niebieskie pasy, zgubił płaszcz... Wszakże jego brat już był obłąkany, a wreszcie — czy w tym wypadku mogłoby omylić się serce matki?...
I oto naraz w duszy Tutmozisa zbudziły się wątpliwości skłębione i zmotane jak gniazdo jadowitych wężów.
Szczęściem, w miarę, jak on się wahał, w serce królowej wstępowała otucha.
— Dobrze, że przypomniałeś mi tego Lykona... Pamiętam... Przez niego Mefres posądził Ramzesa o dzieciobójstwo, a dziś — może posługuje się nędznikiem do zniesławienia pana...
W każdym razie ani słowa nikomu o tem, co ci powierzyłam... Gdyby Ramzes... gdyby naprawdę uległ takiemu nieszczęściu, może to być chwilowe... Niepodobna upokarzać go rozgłaszaniem podobnych wieści, a nawet niepodobna zawiadamiać go o tem!... Jeżeli zaś jest to zbrodnia kapłanów, musimy być również ostrożni. Chociaż... ludzie, którzy uciekają się do takich oszustw, nie mogą być silni...
— Wyśledzę ja to — przerwał Tutmozis — ale gdy się przekonam...
— Tylko nie mów Ramzesowi, zaklinam cię na cienie ojców!... — zawołała pani, składając ręce. — Faraon nie przebaczyłby im, oddałby ich pod sąd, a wówczas musiałoby nastąpić jedno z dwu nieszczęść. Albo skazanoby na śmierć najwyższych kapłanów państwa, albo sąd uwolniłby ich... A co potem?...
Natomiast Lykona ścigaj i zabij bez miłosierdzia, jak drapieżne zwierzę... jak żmiję...
Tutmozis pożegnał królowę, znacznie uspokojoną, choć jego obawy wzrosły.
„Jeżeli ten podły Grek Lykon żyje jeszcze, pomimo kapłańskiego więzienia — myślał — to przedewszystkiem, zamiast łazić po drzewach i pokazywać się królowej — wolałby uciec... Ja sam ułatwiłbym mu ucieczkę i obsypałbym bogac-