Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po kilku minutach drogi, w cienistej alei ktoś przed nim stanął i zapytał:
— Kto idzie?...
— Nubja — odpowiedział faraon.
— Libja — rzekł pytający i nagle cofnął się, jakby przestraszony.
Był to oficer gwardji. Władca przypatrzył mu się i zawołał:
— Ach, to Eunana!... Co tu robisz?
— Obchodzę ogrody. Robię to każdej nocy po parę razy, gdyż zakradają się niekiedy złodzieje.
Faraon pomyślał i rzekł:
— Roztropnie czynisz. Lecz pamiętaj sobie, że pierwszym obowiązkiem gwardzisty jest milczeć... Złodzieja wypędź, ale gdybyś spotkał jaką dostojną osobę, nie zaczepiaj jej i milcz, zawsze milcz... Choćby to... był sam arcykapłan Herhor...
— O panie! — zawołał Eunana — tylko nie rozkazuj mi składać w nocy hołdu Herhorowi albo Mefresowi... Nie wiem, czy na ich widok miecz sam nie wydarłby mi się z pochwy...
Ramzes się uśmiechnął.
— Twój miecz jest moim — odparł — i tylko wtedy może wyjść z pochwy, kiedy ja rozkażę...
Skinął głową Eunanie i poszedł dalej.
Po kwadransie błądzenia mylnemi ścieżkami, faraon znalazł się wpobliżu altany ukrytej w gąszczach. Zdawało mu się, że usłyszał szelest i cicho zapytał:
— Hebron?...
Naprzeciw niemu wybiegła figura, odziana również w ciemny płaszcz. Przypadła do Ramzesa i zawisła mu na szyi, szepcząc:
— To ty, panie?... to ty?... Jakże długo czekałam!...
Faraon poczuł, że wysuwa mu się z objęć, więc wziął ją na rękę i zaniósł do altany. W tej chwili spadł z niego płaszcz. Ramzes przez chwilę ciągnął go, lecz wkońcu — zostawił.