Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ VI.

Około dziesiątej wieczór stanął przed panem Hiram, odziany w ciemną szatę memfijskiego przekupnia.
— Czegóż się tak skradasz wasza dostojność?... — zapytał go niemile dotknięty faraon. — Czyliż mój pałac jest więzieniem, albo domem trędowatych?...
— Ach, władco nasz! — westchnął stary Fenicjanin. — Od chwili, gdy zostałeś panem Egiptu, zbrodniarzami są ci, którzy ośmielają się widywać ciebie i nie zdawać sprawy z tego, o czem raczysz mówić...
— Przed kimże to musicie powtarzać moje słowa?... — spytał pan.
Hiram podniósł oczy i ręce do góry.
— Wasza świątobliwość znasz swoich wrogów!... — odparł.
— Mniejsza o nich — rzekł faraon. — Wasza dostojność wiesz, poco cię wezwałem? Chcę pożyczyć kilka tysięcy talentów...
Hiram syknął i tak zachwiał się na nogach, że pan pozwolił mu usiąść w swojej obecności, co było najwyższym zaszczytem.
Rozsiadłszy się wygodnie i odpocząwszy, Hiram rzekł:
— Poco wasza świątobliwość ma pożyczać, kiedy może mieć duże skarby?...
— Wiem, gdy zdobędę Niniwę — przerwał faraon. — To dalekie czasy, a pieniądze potrzebne mi są dziś...
— Ja nie mówię o wojnie — odparł Hiram. — Ja mówię o takiej sprawie, która natychmiast przyniesie skarbowi duże sumy i — stały roczny dochód...