Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mieliśmy ogromne rozchody...
— Prawda — odparł faraon — ależ codzień wpływają podatki...
— Podatki — rzekł skarbnik — nie wiem dlaczego, znowu zmniejszyły się i nie napływają w takiej ilości, jak rachowałem. Ale i one rozeszły się... Racz wasza świątobliwość pamiętać, że mamy pięć nowych pułków. Więc około ośmiu tysięcy ludzi porzuciło swoje zajęcia i żyją na koszt państwa...
Faraon zamyślił się.
— Musimy — odpowiedział — zaciągnąć nową pożyczkę. Porozumiej się z Herhorem i Mefresem, aby nam dały świątynie.
— Mówiłem o tem... Świątynie nic nam nie dadzą.
— Obrazili się prorocy!... — uśmiechnął się faraon. — W takim razie musimy wezwać pogan... Przyszlij do mnie Dagona.
Nad wieczorem przyszedł bankier fenicki. Upadł na ziemię przed panem i ofiarował mu złoty puhar, wysadzany klejnotami.
— Teraz już mogę umrzeć!... — zawołał Dagon — kiedy mój najłaskawszy władca zasiadł na tronie...
— Zanim jednak umrzesz — rzekł do klęczącego faraon — wystaraj mi się o kilka tysięcy talentów.
Fenicjanin struchlał, czy może tylko udawał wielkie zakłopotanie.
— Niech wasza świątobliwość każe mi lepiej szukać pereł w Nilu — odparł — gdyż zginę odrazu i pan mój nie posądzi mnie o złe chęci... Ale taką sumę znaleźć dzisiaj!...
Ramzes XIII-ty zdziwił się.
— Jakto? — spytał — więc Fenicjanie nie mają dla mnie pieniędzy?...
— Krew i życie nasze i dzieci naszych oddamy waszej świątobliwości — rzekł Dagon. — Ale pieniądze... Skąd my weźmiemy pieniędzy?...