Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaiste! — dodał po chwili — łatwiej decydować się w bitwie, aniżeli w tym nieporządku, jaki opanował Egipt...
Po wyjściu najwyższego sędziego, faraon wezwał Tutmozisa. Kazał mu w swem imieniu powitać wojsko, wracające z nad Sodowych jezior, i rozdzielić dwadzieścia talentów między oficerów i żołnierzy.
Następnie pan rozkazał przyjść Pentuerowi, a tymczasem przyjął wielkiego skarbnika.
— Chcę wiedzieć — rzekł — jaki jest stan skarbu.
— Mamy — odparł dostojnik — w tej chwili ze dwadzieścia tysięcy talentów wartości w śpichrzach, oborach, składach i skrzyniach. Ale podatki codzień wpływają.
— I bunty robią się codzień — dodał faraon. — A jakież są nasze ogólne dochody i wydatki?
— Na wojsko wydajemy rocznie dwadzieścia tysięcy talentów... Na świątobliwy dwór dwa do trzech tysięcy talentów miesięcznie...
— No?... Cóż dalej?... A roboty publiczne?...
— W tej chwili wykonywają się darmo — rzekł wielki skarbnik, spuszczając głowę.
— A dochody?...
— Ile wydajemy, tyle mamy... — szepnął urzędnik.
— Więc mamy czterdzieści lub pięćdziesiąt tysięcy talentów rocznie — odparł faraon. — A gdzie reszta?...
— W zastawie u Fenicjan, u niektórych bankierów i kupców, wreszcie u świętych kapłanów...
— Dobrze — odparł pan. — Ale jest przecie nienaruszalny skarb faraonów w złocie, platynie, srebrze i klejnotach. Ile to wynosi?...
— To już od dziesięciu lat naruszone i wydane...
— Na co?... komu?...
— Na potrzeby dworu — odpowiedział skarbnik — na podarunki dla nomarchów i świątyń...