Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


asyryjską i zapełnił świątynie bogactwami Niniwy i Babilonu?...
„Więc on wciąż myśli o tem?...“ — rzekł w sobie arcykapłan.
Faraon zaś, jakby na potwierdzenie jego obaw, zmienił przedmiot rozmowy i zapytał:
— Ile też mamy wojska?
— Tu, pod Memfisem?...
— Nie, w całym Egipcie.
— Wasza świątobliwość miał dziesięć pułków... — mówił arcykapłan. — Dostojny Nitager na granicy wschodniej ma piętnaście... Dziesięć jest na południu, gdyż zaczyna się niepokoić Nubja... Zaś pięć stoi garnizonami po całym kraju.
— Razem czterdzieści — rzekł po namyśle faraon. — Ileż to będzie żołnierzy?...
— Około sześćdziesięciu tysięcy...
Pan zerwał się z fotelu.
— Sześćdziesiąt, zamiast stu dwudziestu?... — krzyknął. — Co to znaczy?... Co wy zrobiliście z moją armją?...
— Niema środków na utrzymanie większej liczby...
— O bogowie!... — mówił faraon, chwytając się za głowę. — Ależ nas za miesiąc napadną Asyryjczycy!... Przecież my jesteśmy rozbrojeni...
— Z Asyrją mamy wstępny traktat — wtrącił Herhor.
— Kobieta mogłaby tak odpowiedzieć, ale nie minister wojny — uniósł się pan. — Co znaczy traktat, za którym nie stoi armja?... Przecież dziś zgniotłaby nas połowa wojsk, jakiemi rozporządza król Assar.
— Racz uspokoić się, świątobliwy panie. Na pierwszą wieść o zdradzie Asyryjczyków mielibyśmy pół miljona wojowników...
Faraon roześmiał mu się w twarz.
— Co?... Skąd?... Ty oszalałeś, kapłanie!... Grzebiesz się w papirusach, ale ja siedem lat służę w wojsku i prawie niema