Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ XXIII.

W ciągu kilku miesięcy, podczas których książę Ramzes pełnił obowiązki namiestnika Dolnego Egiptu, jego świątobliwy ojciec coraz bardziej zapadał na zdrowiu. I zbliżała się chwila, w której pan wieczności, budzący radość w sercach, władca Egiptu i wszystkich krajów, jakie tylko oświetla słońce, miał zająć miejsce obok czcigodnych poprzedników swoich, w tebańskich katakumbach, które leżą po drugiej stronie miasta Teb.
Nie był jeszcze zbyt podeszły wiek równego bogom mocarza, który rozdawał życie poddanym i miał władzę zabierania mężom ich żon, według pragnień serca swego. Ale trzydziestokilkuletnie rządy tak go znużyły, że już sam chciał wypocząć, odnaleźć młodość i piękność swoją w zachodniej krainie, gdzie każdy faraon, bez trosk, panuje wiecznie nad ludami, tak szczęśliwemi, że nikt i nigdy nie chciał stamtąd powrócić.
Jeszcze pół roku temu, świątobliwy pan spełniał wszystkie czynności, przywiązane do jego stanowiska, na którem opierało się bezpieczeństwo i pomyślność całego widzialnego świata.
Rankiem, ledwo kur zapiał, kapłani budzili władcę hymnem na cześć wschodzącego słońca. Faraon podnosił się z łoża i w złocistej wannie brał kąpiel z wody różanej. Poczem boskie ciało jego było natarte bezcennemi wonnościami, wśród szmeru modłów, mających własność odpędzania złych duchów.
Tak oczyszczony i okadzony przez proroków, szedł pan do kapliczki, odrywał glinianą pieczęć ode drzwi i wchodził sam