Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A pamiętasz, jak był ubrany?...
— Miał kaftan w pasy żółte i czarne, taki sam czepek i fartuszek niebieski z czerwonem — odpowiedział odźwierny.
Teraz obaj kapłani i nomarcha zaczęli się dziwić.
Gdy zaś wprowadzono pokolei obie sługi Sary, które dokładnie powtórzyły opis ubioru księcia, oczy nomarchy zapłonęły radością, a na twarzy świętego Mefresa widać było zmieszanie.
— Przysięgnę — wtrącił dostojny nomarcha — że książę miał biały kaftan i purpurowy ze złotem fartuszek...
— A teraz — odezwał się naczelnik policji — raczcie najczcigodniejsi udać się ze mną do więzienia. Zobaczymy tam jeszcze jednego świadka...
Zeszli na dół, do podziemnej sali, gdzie pod oknem stała wielka klatka przykryta płótnem. Naczelnik policji odrzucił kijem płótno, a obecni zobaczyli w kącie leżącą kobietę.
— Ależ to jest pani Kama!... — zawołał nomarcha.
Była to istotnie Kama, chora i bardzo zmieniona. Gdy na widok dostojników podniosła się i stanęła w świetle, obecni zobaczyli jej twarz pokrytą miedzianemi plamami. Oczy miała jak obłąkane.
— Kamo — rzekł naczelnik policji — bogini Astoreth dotknęła cię trądem...
— To nie bogini!... — odezwała się zmienionym głosem. — To nikczemni Azjaci podrzucili mi zatruty welon... O, ja nieszczęśliwa!...
— Kamo — ciągnął naczelnik policji — nad nędzą twoją ulitowali się najznakomitsi nasi arcykapłani, święci Sem i Mefres. Jeżeli odpowiesz prawdę, pomodlą się za ciebie i — może wszechmocny Ozyrys odwróci od ciebie klęskę. Jeszcze czas, choroba dopiero się zaczyna, a nasi bogowie dużo mogą...
Chora kobieta upadła na kolana i, przyciskając twarz do kraty, mówiła złamanym głosem: