Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż ty o tem myślisz, Dagonie?... — spytał Hiram.
— A cobyście wy zrobili, gdyby was naprawdę napadł Assar?...
Hiram zatrząsł się z gniewu.
— Co?... Wsiądziemy na okręty z rodzinami i skarbami, a tym psom zostawimy gruzy miast i gnijące trupy niewolników... Alboż nie znamy krain większych i piękniejszych od Fenicji, gdzie można założyć nową ojczyznę, bogatszą, aniżeli ta?...
— Niech nas bogowie bronią od takiej ostateczności! — rzekł Dagon.
— Właśnie o to idzie, ażeby ratować dzisiejszą Fenicję od zagłady — mówił Hiram. — A ty, Dagonie, wiele możesz w tym interesie...
— Co ja mogę?...
— Możesz dowiedzieć się od kapłanów: czy był u nich Beroes i czy zawarł z nimi taką umowę?...
— Strasznie trudna rzecz!... — szepnął Dagon. — Ale może ja znajdę takiego kapłana, który mnie objaśni.
— Możesz — ciągnął Hiram — na dworze faraona nie dopuścić traktatu z Sargonem?...
— Bardzo trudno... Ja sam temu nie wydołam...
— Ja będę z tobą, a złota dostarczy Fenicja. Już dziś zbiera się podatek.
— Sam dałem dwa talenty! — szepnął Rabsun.
— Dam dziesięć — rzekł Dagon. — Ale co ja dostanę za moją pracę?...
— Co?... No, dziesięć okrętów — odparł Hiram.
— A ty ile zarobisz? — spytał Dagon.
— Mało ci?... Więc dostaniesz piętnaście...
— Ja się pytam: co ty zarobisz? — nalegał Dagon.
— Damy ci... dwadzieścia... Dosyć?
— Niech będzie. Ale pokażecie mi drogę do kraju srebra?
— Pokażemy.