Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


miał u siebie wieczorne przyjęcie, na które nie chciał się spóźnić.
— I znowu u niej nie będę — myślał. — Biedna dziewczyna, nie widziała mnie blisko dwie dekady...
Wezwał murzyna.
— Czy masz tę klatkę, którą dała ci Sara wówczas, kiedyśmy witali jego świątobliwość?
— Jest — odparł murzyn.
— Weźże z niej gołębia i zaraz wypuść.
— Gołębie już zjedzone.
— Kto je zjadł?...
— Wasza dostojność. Powiedziałem kucharzowi, że ptaki te pochodzą od pani Sary; więc on tylko dla waszej dostojności robił z nich pieczenie i pasztety.
— A niechże was krokodyl pożre! — zawołał skłopotany książę.
Kazał przyjść do siebie Tutmozisowi i jego natychmiast wysłał do Sary. Opowiedział mu historję z gołębiami i ciągnął:
— Zawieź jej szmaragdowe zausznice, branzolety na nogi i ręce i dwa talenty. Powiedz, że gniewam się, iż ukrywała przede mną ciążę, ale jej przebaczę, gdy dziecko będzie zdrowe i ładne. Jeżeli zaś urodzi chłopca, dam jej drugi folwark!... — zakończył, śmiejąc się.
Ale, ale... namów ją też, aby odsunęła od siebie choć trochę Żydów, a przyjęła choć kilku Egipcjan i Egipcjanek. Nie chcę, aby mój syn przyszedł na świat w tem towarzystwie i może jeszcze bawił się z żydowskiemi dziećmi. Nauczyliby go podawać ojcu najgorsze daktyle!...